Wydawnictwo Nowej Ery
BOK: +48 739 200 932

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce

Wydawnictwo: Cztery pory roku w afgańskiej wiosce
5.00 na 5
(6 opinii klienta)

39.90  25.90 

Fascynujący reportaż o życiu w afgańskiej wiosce, z dala od wybuchających bomb i amerykańskich żołnierzy. Autorka poznaje piękno surowej codzienności Afganistanu i ludzi, którzy nade wszystko szanują tradycje. Jedną z nich jest tkanie dywanu – symbolu czterech pór roku.

782 w magazynie

Opis

REPORTAŻ W NAJLEPSZYM STYLU – ANNA BADKHEN ZAPRASZA DO NIEPOZORNEJ WIOSKI, GDZIE SEN O BOGACTWIE TO SEN O ŻYCIU BEZ CIERPIENIA

W samym środku afgańskiej pustyni, we wiosce tak odległej, że nie da jej się zlokalizować nawet w Internecie, przy krośnie siedzą kobiety i wraz z dziećmi ręcznie wyplatają przepiękne kwiatowe wzory. W tym miejscu, w którym heroina kosztuje mniej niż ryż, mieszkańcy wioski wiedzą jedno – Ziemia jest płaska niczym dywan.

Anna Badkhen po raz pierwszy wyjechała do Afganistanu w 2011 roku, jako korespondentka wojenna. Od tamtej pory wraca do tego kraju co jakiś czas, przyciągana krajobrazem, który geografia uczyniła nieustającym polem bitewnym, a także mieszkającymi tu ludźmi, dla których ogromną wartością staje się zachowywanie szacunku dla tradycji. Przywołując symbol czterech pór roku, w trakcie których kobiety i dzieci zamieszkujące wioskę Oka tkają, jak co roku, kolejny dywan, autorka ukazuje blaski i cienie codziennej egzystencji w afgańskiej wiosce.

W czasach, kiedy pisarze zbyt często oglądają Afganistan zza płotu strzeżonego przez amerykańskich żołnierzy, Anna Badkhen robi zupełnie inaczej: postanawia samotnie spędzić cztery pory roku na zupełnym odludziu. Taka perspektywa – zintensyfikowana miłością autorki do kraju i jej gospodarzy – pozwoliła odmalować osobliwe piękno surowej codzienności.

Pięknie napisana książka o sercach złamanych na wieki… To cudowny skarb wydobyty na światło dzienne spod ruchomych piasków pustyni

Oddaje fatalistyczną atmosferę miejsca, w którym szerzy się uzależnienie od opium, telefony komórkowe uchodzą za niewiarygodny luksus, a talibowie czają się tuż za rogiem. – „The New York Times Book Review”

Przenosi w inny świat […]. Nawet w tym jakże surowym otoczeniu Badkhen odnajduje poczucie wspólnoty, śmiech i zabawę […]. Mimo ryzyka wygłaszania banałów (ale czy to nie kwestia ukrytych w nich uniwersalnych prawd?) Badkhen tka swą literacką magię. – „The Christian Science Monitor”

Nieustraszenie […] miesiąc po miesiącu, obrządek za obrządkiem, spotkanie po spotkaniu, wątek za wątkiem, Badkhen tworzy cudowny dywan tkany słowem, który we wzruszający sposób ukazuje pozorne i prawdziwe życie w Oce i we wszystkich Okach na krośnie Afganistanu. – „National Geographic”

Ta książka bawi, informuje i łamie serce. Nie tylko pozwala wyobrazić sobie inne miejsce, lecz także daje świadectwo istnienia społeczeństwa wytwórców kultury i strażników zanikającego rzemiosła, w którym kobiety mimo niedostatku, codziennych trudów i rozlewu krwi potrafią wyczarować coś tak pięknego. – „The Toronto Star”

Anna Badkhen od 2000 roku pisze między innymi do „San Francisco Chronicle”, „The New Republic”, „Foreign Policy” i „The Boston Globe”. W swoim dorobku ma reportaże z Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej, Afryki Wschodniej, rodzinnej Rosji oraz Kaukazu. Za reportaże wojenne zdobyła w 2007 roku nagrodę Joel R. Seldin Award from Psychologists for Social Responsibility. Autorka publikacji Wędrówka z Ablem, Kałasznikow Kebab i innych książek non-fiction. Mieszka w Filadelfii.

PATRONI MEDIALNI

 

6 opinii dla Cztery pory roku w afgańskiej wiosce

  1. 5 na 5

    Anna Badkhen jest dziennikarką. Urodziła się w Leningradzie, ale mieszka w Filadelfii. Książka „Cztery pory…” to historia żyjących w Afganistanie Uzbeków. Jednak dla odróżnienia nie chodzi tu o tych z bogatych krajów z którymi miałam do czynienia w książkach już niejednokrotnie. Tu przenosimy się do wioski Oka, wioski która przesycona jest skrajnym ubóstwem, a o której istnieniu nie wie nie tylko szary człowiek, ale często i afgańscy urzędnicy…

    Jest to miejsce gdzie na porządku dziennym zażywa się opium. Daje się je nawet niemowlętom. Dlaczego? Bo zabija głód, który jest zmorą tamtejszej ludności. Leczy ból tak fizyczny jak duchowy. Jedynym liczącym się zarobkiem jest sprzedaż ręcznie tkanych, misternych i przepięknych dywanów. Kobiety spędzają nad jednym około roku. Za gotowy dostają oszałamiającą kwotę w wysokości do 400$. Dla nich to majątek i żyją za to kolejny rok. Dorabiając od czasu do czasu na sprzedaży chrustu i wspomagając się upolowanymi zwierzętami. Ich dywany są wyjątkowe i niepowtarzalne. Warte o wiele więcej co dowodzi cena za jaką sprzedają się choćby w Stanach Zjednoczonych. Niejednokrotnie przekracza ona 20 000$. Dlaczego, więc tkaczka dostaje tak marne, a jednak uznawane za nią i jej rodzinę niebagatelne pieniądze? Nie wiadomo.

    Mieszkańcy prawie wszędzie poruszają się pieszo lub na osłach / wielbłądach. Nie stać ich nawet na wydatek na paliwo do jedynego w wiosce generatora. A to zaledwie 60 centów na rodzinę na dzień. Nie mogą sobie na to pozwolić. Walczą o przetrwanie dnia dzisiejszego. Tam nikt nie myśli co będzie jutro. Trzeba się cieszyć, że przeżyło się dziś…

    To co szokuje i zaskakuje to umiejętność ubrania przez autorkę w piękne słowa takich rzeczy jak brud, nędza, głód czy przemoc. Wręcz poetycki język sprawia, że książkę czyta się mimo tematyki przyjemnie. Już po kilku stronach wręcz czujemy gorąco jakie muszą znosić mieszkańcy wioski Oka, ich głód zaczyna doskwierać także nam, ich pragnienie i wysuszone gardła oraz usta odczuwamy osobiście. Próbujemy walczyć o przetrwanie tak jak oni. A wszystko to dzięki Annie Badkhen.

    Anna podobnie jak kobiety w Oce tkały dywany tak tka powieść o życiu. Gdy dywany pełne są głębokich barw i niesamowitych wzorów, ale też bólu tak jej historia choć niejednokrotnie tragiczna potrafi mienić się kolorami piękna i radości…

    Więcej na:
    http://www.swiatmiedzystronami.blogspot.com

  2. 5 na 5

    Świat przędzą malowany …
    Stąpając każdego dnia po miękkich dywanach, podziwiając na ekranach kin te olbrzymich rozmiarów, perskie cuda zaściełające podłogę czy zachwycając się pokrywającymi ściany gobelinami zwykle nie zastanawiamy się, ile trudu i znoju kosztowało ich stworzenie. Współczesna technika pozwala na maszynowe wykonanie dywanów, a tekstylia te dostępne są niemal w każdym sklepie zajmującym się sprzedażą produktów wystroju wnętrz. Jednak dywanów wyplatanych ręcznie nikt nie określi mianem tekstyliów, nikt nie umieści ich na półce z napisem „promocja” – to dzieła sztuki, zasługujące na szacunek zarówno za ich piękno, jak i kunszt wykonawcy.
    O dywanach, ale tak naprawdę o życiu, pisze Anna Badkhen, dziennikarka, która po raz pierwszy wyjechała do Afganistanu w 2011 roku w charakterze korespondenta wojennego. Dziś i my mamy możliwość znaleźć się w małej wiosce, w Oce ukrytej wśród piasków afgańskiej pustyni i zatopić się w słowa, którymi – niczym pędzlem – autorka maluje codzienne życie, tak odmienne od naszego wygodnego, pełnego zdobyczy technologicznych, gdzie wszystko jest w zasięgu ręki. Książka „Cztery pory roku w afgańskiej wiosce”, opublikowana nakładem Wydawnictwa Kobiecego to pozycja wyjątkowa, bo traktująca wyjątkowych ludziach, którzy każdego dnia zmagają się z otaczającą ich rzeczywistością. To książka o pozorach normalności w kraju ogarniętym wojenną zawieruchą, o kobietach poświęcających długie godziny na stworzenie cudownych dywanów, o blaskach i cieniach ich funkcjonowania.
    Przenosimy się na afgańską pustynie, gdzie tylko podróżnicy zatrzymaliby się przez chwilę, nie odnajdując w Oce nic godnego uwagi, poza dywanami oczywiście i wszechobecnym opium. Tymczasem my wraz z autorką jesteśmy stałymi gośćmi w wiosce, obserwując pracę jej mieszkanek spędzających przy krosnach długie godziny, wędrując z ich mężami po przędzę na kolejny dywan, a nawet uczestnicząc w lokalnych uroczystościach: pogrzebach oraz ślubach. W Oce czas, kolejne pory roku, odmierzane są dywanami, które zapewniają byt całej rodzinie. Jest to szczególnie istotne, gdy to na kobiecie spoczywa ten ciężar – jak w przypadku Amanullaha, który wciąż marzy o ucieczce, któremu ciąży życie które prowadzi. To właśnie jego żona Saura, w ubogiej chacie tka piękne, zachwycające oczy kupców dywany, to dzięki nim Amanullah znów może marzyć o łatwym życiu wypełnionym kobietami i o tych marzeniach opowiadać autorce podczas wędrówki do Daulatabadu, miasta targowego.
    Anna Badkhen zabierając nas do samego serca tego „dywanowego regionu tkackiego”, rozciągającego się od Chin po Maroko, pokazuje nam oblicze ubóstwa, świat pozbawiony perspektyw, pełen przemocy i narkotykowych oparów. Mimo tego lektura budzi w nas bezbrzeżny zachwyt – nie dla tej szarej rzeczywistości, ale dla tych barwnych kobierców, dla tych żyjących w cieniu ciężko pracujących kobiet, dla sprawnego władania słowem przez Badkhen. To właśnie kunszt autorki sprawia, że reportaż o życiu w ubogiej wiosce i wyplataniu dywanów zmienia się w emocjonującą opowieść o kraju i ludziach go zamieszkujących, o porach roku i upływającym czasie. Nasz sprzeciw dotyczy jedynie zjawiska znanego w wielu krajach – pieniądze za długie godziny morderczej pracy przy krosnach trafiają tak naprawdę nie do tych tkaczek, które ranią sobie palce i wytężają wzrok przy tworzeniu misternych wzorów, ale do pośredników. To prawdziwe oblicze wyzysku, który będzie istniał tak długo, jak długo nie dotrzemy do tych małych manufaktur, jak nie będziemy kupować tych cudownych wyrobów bezpośrednio od kobiet, z pominięciem pośredników. Być może książka Anny Badkhen właśnie do takich poszukiwań i zakupów nas skłoni?

  3. 5 na 5

    Cieszymy oko wspaniałymi przedmiotami, niektóre z nich są tworzone ręcznie. Przez kogo? Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z faktu, że za urodą tych rzeczy stoją prawdziwi ludzie. Ludzie, którzy spędzają długie godziny nad pracą, a często w zamian otrzymują głodową pensję…

    Gdzieś daleko, w Afganistanie, istnieje wioska o nazwie Oka. Miejsce zapomniane, potwornie biedne, gdzie kobiety i dzieci tkają dywany. Przepiękne, barwne, a ich sprzedaż osiąga zawrotne sumy. Niestety, twórcy tych dzieł muszą nacieszyć się ledwo ułamkiem tej fortuny. To tam opium jest tańsza od ryżu i pomaga oszukać żołądek. Anna Badkhen pochyla się nad historiami kryjącymi za dywanami. Bo ten element wystroju zawiera w sobie cały ogrom doświadczeń, cudzych łez i bólu…

    Bardzo lubię czytać reportaże. Przybliżają dalekie i obce kultury, otwierają oczy na wiele spraw. Mocniej się zachwycam, gdy są napisane pięknym, plastycznym językiem. Na to liczyłam sięgając po książkę Anny Badkhen, z początku zachwycając się samą okładką. Cóż kryje w sobie taka historia? Odpowiedź przychodziła powoli, gdyż czytałam stopniowo, skupiając na pojedynczych słowach. Często zatrważając, często wzruszając. Autorka pierwszy raz pojawiła się w Afganistanie w roli korespondentki wojennej. Zafascynowana krajobrazem, a przede wszystkim ludźmi, wraca tam i coraz lepiej poznaje panujące zwyczaje. Swoją dotychczasową wiedzę przekazała w formie niniejszej publikacji i cieszę się, że Badkhen postanowiła spisać wrażenia. Momentami trudno uwierzyć w to, co spotyka mieszkańców afgańskich wiosek. Jednocześnie jest coś baśniowego w snutej opowieści. Senna atmosfera, troszkę oniryczna, spokojna. Może to kwestia pięknego języka i barwnych opisów?

    Autorka przedstawia szeroki obraz, jednocześnie skupiając uwagę na konkretnej rodzinie. Razem z nimi wstajemy, pracujemy, przeżywamy problemy i radości. Na te ostatnie też znajdzie się miejsce, mimo wszechogarniającej biedy, często marazmu. W interesujący sposób gorycz miesza się ze słodyczą. Piękno wyplatanych dywanów, swoisty monument dla twórcy. Praca bardzo ciężka, równocześnie sprawiająca satysfakcję. I uzależnienie od opium, które dotyka nawet niemowlęta. Ot, stosowane jako „lekki” środek uspokajający. Czas płynie zupełnie inaczej, liczony w miesiącach tkania. Kobiety często łkają nad ciałami swych dzieci, mężczyźni snują marzenia, rozważania o tym, co się stało, co się dzieje, co się może stać.

    Afganistan znamy najczęściej z telewizyjnych obrazów pełnych wojny i przemocy. Anna Badkhen natomiast pokazuje inną stronę rzeczywistości, bardziej ludzką. Unika generalizowania, oceniania po samych pozorach. Widzimy, że jej bohaterowie również krwawią na czerwono, śmią śnić, płakać, śmiać się. W nich wszystkich istnieje jakiś rodzaj pierwotnej siły, która pomaga istnieć, mimo takiego ogromu problemów. Domy nawet nie mają drzwi. Wszyscy są tacy jak my i równocześnie zupełnie inni. Stąd wynika piękno tej książki — poznanie obcego otoczenia, w sposób zajmujący.

    Badkhen pisze w sposób poetycki, tak najłatwiej go określić. Mnóstwo porównań, rzadko używanych na co dzień słów. Wiem, że nie każdemu taka formuła przypadnie do gustu, ale wydaje mi się, iż to również kwestia przyzwyczajenia. Nie warto zniechęcać się na samym początku, później wchodzimy w rytm regularnego czytania, wówczas łatwiej docenić stylistykę. To świetne połączenie warsztatu i fabuły. Dużo kontrastów. Każde zdanie dosłownie przenosi nas do Afganistanu. Świadomość obecności odrobinek szczęścia w tak ciężkim świecie napawa zdziwieniem, ale również nadzieją. Jakoś intensywniej docenia się własne życie. Poczułam sympatię do bohaterów, drzemie w nich sporo sprzeczności. a przede wszystkim talenty.

    „Cztery pory roku w afgańskiej wiosce” to reportaż specyficzny, podany w nietypowej formie. Skłania ku wielu przemyśleniom, na długo zostaje w głowie. Serdecznie polecam miłośnikom takiej literatury — na pewno nie będą zawiedzeni.

  4. 5 na 5

    „Tutaj czas, rozdrobniony smutek, niepoliczalny i niemiarodajny niczym piasek, stoi w miejscu i zarazem biegnie tak szybko, że nikt nie potrafi go zmierzyć. Nikt poza tkaczkami dywanów.”

    Właśnie takie reportaże podróżnicze lubię czytać najbardziej, wyjątkowo plastyczne i sugestywne opisy miejsc, ludzi, kultur i tradycji. Urokliwe obrazy afgańskiej przyrody, górskie masywy, pustynne strefy, burze pyłowe, rytm kopyt wielbłądów stąpających po spieczonej ziemi, widok pól ryżowych i ziemi obsadzonej zbożem, obecność hodowanych kóz i owiec, zapach kardamonu i unoszącego się wszędzie kurzu, smak dojrzałych melonów, granatów i migdałów.

    Doskonale uchwycona kwintesencja zróżnicowanego etnicznie i językowo społeczeństwa, a także przybliżenie codziennego rytmu życia jednej z wielu rodzin. Niesamowita opowieść o Afganistanie, która mocno przyciąga i kusi swą atrakcyjnością. Anna Badkhen snuje ją w przepięknym stylu, porywająco działa na czytelnicze zmysły i wyobraźnię. Nie opuszcza nas silne wrażenie, jakbyśmy faktycznie przenieśli się z mocą słów autorki do odwiedzanych przez nią miejsc, zaprzyjaźnili z interesującymi bohaterami reportaży, z ogromnym zaciekawieniem uczestniczyli w mniej lub bardziej znaczących wydarzeniach z ich życia, kolekcjonowali ich trudy i radości.

    A w tle uwodzicielski opis ponadczasowego rzemiosła związanego z wyplataniem dywanów, kobiecej sztuki przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Często jedyne źródło zarobku, ale też wyznacznik statusu, środek dyplomacji, forma wyrażania artystycznych umiejętności, utrwalania samego siebie i otaczającego świata. Mnóstwo gorzkich i słodkich opowieści, tysiące węzłów na metr kwadratowy zaplecione delikatnymi kobiecymi rękami i szeptami hymnów o przemijaniu, zawarte w cudownych wzorach dywanów, które później w jutowych workach podróżują po całym świecie, docierają do odległych miejsc i zachwycają unikalnym blaskiem.

    Jednak to także bolesna historia Afganistanu, dalekiej przeszłości kształtującej ten kraj, leżący w strefie wiecznych wojen, doświadczający kolejne inwazje i fanatyczne podporządkowania. Ohydne i nieprzemijające konflikty, pochłaniające przypadkowe ofiary, przyczyniające się do bezwzględnej przemocy, wyniszczającej nędzy, głodu, chorób, uzależnienia od opium, jedynego taniego środka pomagającego zapomnieć o cierpieniu. Boleśnie czyta się o bratobójczej przemocy, która nieodwracalnie oszpeciła te ziemie, warunkując ludzkie wspomnienia i pragnienia. I gdzieś tam, nieznajdująca miejsca na mapie, maleńka wioska Oka wraz z garstką twardych i nieustępliwych wobec przeciwności losu mieszkańców.

    Książkę chłonie się niespiesznie, z wielkim zaangażowaniem, przepięknie utkane ludzkie losy, gęste sploty fantastycznie zagranej muzyki tradycji, uwodzicielski kontrast między starożytnością a współczesnością, oddanie należnego uznania temu, co wiecznie zachwyca niewyobrażalnym pięknem. Wspaniale przeżywa się tę czytelniczą podróż, zapewniająca podwójną dawkę przyjemności, podziwiania Afganistanu i rozkoszowania się stylem, w jakim jest on przybliżany. Co cztery pory roku rozpoczyna się wyplatanie dywanów, w których zawarte są smutki i radości, fantazje i marzenia, zwątpienie i wiara, ulotność i kapryśność, oraz stare i nowe.

    bookendorfina.pl

  5. 5 na 5

    DYWAN

    Dywany, które widzimy na co dzień, w przeważającej większości to zaledwie elementy wystroju wnętrz. Nie mają historii. Nie niosą krzyków, cichych słów miłości, niewysłowionej akceptacji. Są nagie. Obdarte z tego, co uczyniłoby je wyjątkowymi już w chwili wyplatania.
    Dywany, wychodzącego spod delikatnych, niemal przezroczystych dłoni Saury, są inne.

    „(…) dywan Saury, jak każdy dywan tkany ręcznie, będzie się subtelnie różnił od innych. Będzie tylko jej. Będzie stanowił jej autobiografię, jej pamiętnik z tego roku, jej kronikę zimy, z zasmuconymi zygzakami, marzycielskimi zawijasami, melancholijnymi pętelkami i pełnymi radości węzłami. (…) Dolna szósta część dywanu będzie niemal nieuchwytnie mdląca, będzie sześćdziesięciocentymetrową kroniką porannych nudności. (…) Tk, tk, tk. Sierp Saury odmierzał czas biciem nie jednego serca, ale dwóch.”

    Badkhen opowiada historię dywanu Saury i wszystkich dywanów przed nim i po nim. Jednak dywan nie jest tylko przedmiotem. W jej przekonaniu, w niewielkiej, poetyckiej cząstce duszy każdego Afgańczyka dywan to także ludzie. Ich życie, ich pot, łzy, śmiech i ciężka, czasami żmudna codzienności. To Oka – garść domków rzucona ręką Boga w środek pustyni – której nie ma na żadnej mapie. Której istnienia nie uznaje nawet deszcz.

    „Jeśli świat jest dywanem, to Oka jest błędem. (…) Gdyby któregoś dnia Oka została zdmuchnięta albo pogrzebana pod barchanem przez burzę piaskową, mało kto by to dostrzegł.”

    „Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże z wyplatania dywanów” to książka pełna wyrozumiałości. Książka matka, która nigdy nie osądza i snuje baśniowe historie.
    O ściskającym żołądek głodzie i lepkim, słodkim soku z melonów, o uzależnieniu od opium, bezimiennych cmentarzach i wielkiej uczcie – hucznej zabawie, która wypełnia życie wychudzonych mieszkańców ilekroć odbywa się ślub.
    To wielobarwny pamiętnik drogi wypełniony wspólnymi posiłkami, głośnymi wybuchami śmiechu i bomb oraz historią tego kraju.

    CZAS

    W Afganistanie czas płynie inaczej. To ilość węzłów i ruchów dłoni. Gęstość przędzy. Świadomość zapomnienia.

    „Tk, tk, tk – zaśpiewa sierp, odmierzając czas między świtem i zmierzchem, narodzinami i śmiercią, pokojem i wojną; bez ustanku odmierzając czas.”

    Nie każdy potrafi się tam odnaleźć. Pod piekącym słońcem, z żołądkiem pełnym zanieczyszczonej wody i chlebka nan bezpiecznie czują się tylko mieszkańcy Oki. O nich wojna nie pamięta. Nie znają ich mapy, nie słyszał o nich Bóg. Od tysiącleci żyją pośród złota pustynnych piasków, pod skrzydłami żurawi.

    „Łatwo idealizować tę ziemię, ten chwilowy Wielki Kanion, gdzie tysiąclecia skupiały się w dolinach między półksiężycami wydm i znowu rozpościerały w węzłach dywanów, ten, wydawałoby się, organiczny świat, w którym każdy ruch trwa i ma znaczenie, a każdy krok to wspaniała podróż mająca na celu przetrwanie.”

    My, obcy, dostrzegamy tylko powłokę. Urodzaj możliwości i nieskończone dobro zamknięte w szponach wojny, ale nie żyjemy tam. Nie wiemy jak wygląda rzeczywistość. Badkhen tą książką uświadamia nam ogrom problemu i okrutność pułapki, w jaka złapani są Afgańczycy.

    „Łatwo egzotyzować tę ziemię. a potem noworodek przedawkuje opium. Kobieta zawodzi nad drobnym ciałkiem sześcioletniego chłopca okaleczonym przez trzydziestoletnią minę lądową. Mężczyźni siedzą przy ręcznie lepionych z błota ścianach, palą tanie koreańskie papierosy z takim namaszczeniem, jakby czynność ta stanowiła akt ważki, znaczący, i snują rozważania nad życiem i śmiercią w kraju, w którym wojna nie pojawia się tylko na afiszu filmowym, ale ohydnie i nieprzemijająco trwa w tle, wybierając swoje ofiary na chybił trafił.”

    MARZENIA

    Oni są ludźmi pustyni. Trwają niczym opancerzone trzciny – wciąż myślące, ale już nie pozwalające sobie na marzenia. Sny na jawie, które bardziej ranią ich duszę, niż leczą zszargany umysł. Tylko czasem, gdy najdzie ich chwila słabości. Gdy w pustynnego ducha wstąpi ludzka bezradność i delikatność poddają się odwiecznej potrzebie piękna. Oczy, które szybko poruszają się pod przymkniętymi powiekami, widzą wszystkie, zamglone, bo dawno nie przywoływane, marzenia.

    Badkhen używa języka lirycznego. Czasami wręcz poetyckiego.
    Wewnątrz książki sierpem odcina nitki i wiąże węzły. Wyplata, wyplata, wyplata. Dywan o czterech porach roku w afgańskiej wiosce powstaje z każdą przewróconą stroną. I on wystarczy. Ten jeden dywan. By opowiedzieć czytelnikowi historię pustyni i świata.

    „Świat ma cztery rogi. Świat jest dywanem.”

  6. 5 na 5

    Byłam w Oce, wiosce zapomnianej już chyba nawet przez Pana Boga. Jedynymi towarzyszami jej mieszkańców są bieda z nędzą. No i opium, lekarstwo na każdy ból dorosłego czy niemowlęcia, tańsze od jedzenia. Gdzieś na afgańskiej pustyni, w miejscu, gdzie pewnie nikt z nas nie chciałby się znaleźć z własnej woli, Anna Badkhen obserwuje powstawanie piękna na krośnie. Cudowny dywan tkany przez niepiśmienną kobietę wśród pyłu, brudu i zwierzęcych odchodów. Kilka miesięcy pracy zapewniające rodzinie byt. Krosno, przędza i pustynia – tak daleko, że nawet talibowie zostawiają Okę we względnym spokoju.

    Czy można pięknie pisać o biedzie, brudzie, przemocy i beznadziei? Można, zwłaszcza, kiedy posiada się talent jak autorka tego reportażu. Nie bez przyczyny napisałam, że byłam w tej wiosce – opisy były tak plastyczne, że wyobrażenie sobie miejsc, bohaterów, wydarzeń czy nawet zapachów było nieuniknione. Afganistan to biedny kraj, i nie mam tu na myśli braku pieniędzy. To ziemia, w którą wsiąkło już zbyt wiele krwi. To ludzie, którym nie uda się odmienić swojego losu. To stracone pokolenia dzieci, które nigdy dzieciństwa nie poznały. To wreszcie miejsce, w którym wciąż, mimo śmierci, zamachowców samobójców i niepewności jutra ludzie żyją, śmieją się, cieszą się małymi rzeczami, gdzie kobieta tka piękny dywan a mężczyzna patrzy z troską na jej wychudzone ramiona. Gdzie jedni poszczą w Ramadanie, a inni całe życie. Dziwny, nieugięty kraj, zadziwiający ludzie, którzy kurczowo trzymają się coraz bardziej niemożliwego do wytrzymania życia.

    Ta książka zaskoczyła mnie przede wszystkim swoim poetyckim językiem, którego nie spodziewałam się po reportażu z kraju ogarniętego wojną. Annie Badkhen udało się zabrać mnie do tego zakątka świata i przekonać, że nawet tam życie może być na swój sposób momentami piękne. Zaskoczyło mnie również to, że o samej autorce z tej publikacji niewiele się dowiemy. Badkhen pochodzi z byłego ZSRR, mieszka w Stanach i to nie jest jej pierwsza tego typu podróż. W tej publikacji użycza nam ona w zasadzie jedynie swoich oczu, byśmy mogli zobaczyć i przeżyć to samo, co ona. Nie wychodzi na pierwszy plan, nie ocenia nikogo i niczego – słucha, patrzy, chłonie atmosferę miejsca, a my wraz z nią. Z tego powodu ta książka to praktycznie tylko Afganistan, bez porównań do innych równie biednych miejsc. Jest Oka i jej prości mieszkańcy, ale i Mazar-e Szarif i afgańska klasa średnia. Wszyscy jednakowo naznaczeni piętnem wojny, każdy na swój sposób cierpiący z jej powodu. Nie zmieściły się tu już pewnie inne nieszczęścia świata, a i tych opisanych jest aż nadto.

    Nie dziwię się, że ta książka zebrała na świecie tak entuzjastyczne recenzje. To, co przyniosła nam autorka z afgańskiej wioski jest jedyne w swoim rodzaju. Książka zdecydowanie warta poznania.
    co-przeczytalam.blogspot.com

Dodaj opinię

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Może Cię zainteresować…